- Podobno jest pani jedyną z prowadzących "Kawę czy
herbatę?", która nie ma kłopotów z rannym wstawaniem. Czy to prawda, że przed
programem całą noc Pani nie śpi?
- To niezupełnie tak. Nie mam kłopotów z porannym wstawaniem, mimo że należę do
osób pracujących wieczorem i zwykle kładę się spać późno. Ale raz w tygodniu, w
środę, staram się zasnąć wcześniej. Żeby nie zaspać, nastawiam budzik na czwartą.
Budzę się przed dzwonkiem. Wydania czwartkowe "Kawy..." przygotowuję od kilku
lat i do tej pory nigdy nie zaspałam, chociaż zdarzyło się to kilku moim gościom.
Program jest nadawany "na żywo".
- Dużo kawy musi pani wypić, aby dotrwać do końca programu?
- Kawę czasem pijam, herbatę też, ale nigdy w czasie programu. Dziennikarze i goście
"Kawy..." wiedzą, że poziom adrenaliny związany z programem "na
żywo" jest tak wysoki, że niepotrzebne są już inne stymulatory...
- Nie obawia się Pani czasami, że goście "Kawy..." nie poradzą sobie
z występem "na żywo" o szóstej rano? Mogą niechcący ziewnąc, stracą
wątek, albo z wrażenia nie wykrztuszą z siebie słowa?
- Radzą sobie znakomicie, ale oczywiście zdarzają się czasami zabawne potknięcia.
Kiedyś wybitny historyk sztuki opowiadał w naszym programie o swoim spotkaniu z Janem
Pawłem...III, a ja zachęcałam widzów do spróbowania dania z kuchni...chuńskiej. nasi
widzowie bardzo lubią takie sytuacje i czasami, gdy idzie nam zbyt gładko, staramy się
je sprowokować.
- Prowadzenia programów "na żywo" nauczyła się Pani na lekcjach u
prof. Aleksandra Bardiniego? Słyszałam, że to on przyjął panią do telewizji?
- Nieżyjący już prof. Bardini był przewodniczącym jury w konkursie na dziennikarzy
telewizyjnych, który wygrałam razem z Grażyną Bukowską i Anną Frankowską. Był
niezwykłą osobowością telewizyjną i bardzo wymagającym jurorem. Wiele mnie nauczył.
- Także wspaniałej dykcji?
- Na pewno też. Nie zaakceptowałby osoby, która miałaby jakieś problemy z dykcją. To
był jeden z podstawowych wymogów konkursu. Staranny sposób wypowiadania zdań został
mi jednak wpojony już w szkole. Brałam udział w konkursach recytatorskich, należałam
do kółka teatralnego Haliny i Jana Machulskich. Jako nastolatka grałam szekspirowska
Julię w warszawskim Teatrze Ochoty.
- Nie chciała Pani zostać aktorką?
- Wystarczyło mi granie Julii. A naprawdę pasjonowała mnie psychologia.
Skończyłam więc ten kierunek studiów, a po dyplomie zostałam dziennikarka. Uważam,
że był to dobry wybór. Umiejętności psychologiczne bardzo przydają mi sie w pracy.
Tyle róznych i ciekawych osób goszczę w "Kawie...". Z każdym trzeba umieć
rozmawiać.
- Można dać sobie spokój z aktorstwem mając męża reżysera?
- Można. Z Andrzejem poznaliśmy się na psychologii, potem dopiero studiował
reżyserię. ma na swoim koncie wiele spektakli teatralnych. Oczywiście, dzięki pracy
męża mam bliski kontakt z teatrem i środowiskiem aktorów. To barwny świat, ale wolę
moje programy telewizyjne. Jako dziennikarka grałam w kilku filmach epizody - oczywiście
dziennikarki. Granie takiej postaci jest mniej ciekawe i bardziej wyczerpujące, niż
bycie nią na co dzień.
- Czy Pani córka woli teatr czy telewizję?
- Czasem chodzimy wspólnie do teatru, a telewizja interesuje ją
"naukowo". Adela studiuje psychologię na Uniwersytecie Warszawskim, jej drugim
fakultetem jest filologia klasyczna. Pracuje także w jednej z wielkich firm
internetowych.
- Mówi się, że czwartkowe wydania "Kawy..." jest poważne. Nie
chciałaby Pani prowadzić na przykład programu rozrywkowego?
- Nie, dziękuję. Interesuje mnie poważna publicystyka społeczna i kulturalna,
zajmuję sięnią od kilkunastu lat i wciąż chcę się zajmować. Obecnie pracuję
jednak nad scenariuszem programu typu talk-show z elementami rozrywkowymi. jaki będzie,
zobaczymy. |