UWAGA! Jeśli przeglądarka Firefox nie otwiera okienek z dużymi zdjęciami zainstaluj nowszą wersję, np. Firefox 1.5.0.1
18.02.2006 r. * Strona "Telewizji Edukacyjnej". © Informacje: Ryszard Czajkowski. Opracowanie: Tomasz Pyć.
Ryszard Czajkowski
Geofizyk, dziennikarz, operator filmowy, pisarz, reporter, publicysta, podróżnik, polarnik, członek The Explorers Club oraz innych organizacji.

"PERSPEKTRYWY"
NR 29 (412), rok dziewiąty.
Ilustrowany tygodnik polityczno-informacyjny.
Warszawa 22 lipca 1977 r.
Nasz obecny program był w pewnym sensie naukowym zwiadem, mającym zorientować ośrodki w kraju w możliwościach prowadzenia badań. Problemom tym towarzyszy życzliwe zainteresowanie polskich władz rządowych i partyjnych, które doceniając wartości podjętej przez nas pracy, wyraziły opinię, iż należy badania te rozszerzać. Program przyszłoroczny będzie, więc już prawdopodobnie znacznie bogatszy. Planuje się zorganizowanie stacji sejsmicznej i magnetycznej, które wejdą w światową sieć stacji; wyniki tych badań będą również służyły opracowaniom regionalnym. Przewiduje się udział dużej grupy oceanografów, geologów i glacjologów.

M/s "Zabrze" wyruszył w drogę powrotną, a my popłynęliśmy z wizytą na stację radziecką Bellingshausen, leżącą na południowo-zachodnim cyplu wyspy Króla Jerzego. Witani byliśmy tam bardzo serdecznie. Obejrzeliśmy stację pod -kątem możliwości zastosowania szeregu jej rozwiązań w naszej stacji. Stacja radziecka pracuje przecież od wielu lat, a zaprojektowana została przez ludzi o olbrzymim doświadczeniu polarnym. Kierownictwo polskiej stacji przedstawiło radzieckim kolegom naszą dotychczasową działalność, nasz program naukowy i zamierzenia. Z kierownikiem stacji Olegiem Struinem "dogadaliśmy się" wielu wspólnych znajomych i spędziliśmy u niego miły wieczór, słuchając na dobrym urządzeniu stereofonicznym "Symfonii Antarktycznej".

Statek odpłynął. A my we trzech z R. Szafirskim i J. Jersakiem, (kierownikiem grupy zimującej na naszej stacji), zostaliśmy, by rano następnego dnia wystartować pieszo poprzez lodowce, w drogę powrotną do naszej stacji. Wśród kolegów radzieckich nasz przemarsz wzbudził sensację. Nie mogli uwierzyć, że decydujemy się na takie przedsięwzięcie. Naszym celem było odnalezienie drogi pieszej na wypadek, gdyby w okresie zimowania zaszła koniecznoć poproszenia o pomoc lub jej udzielenia w trudnych do przewidzenia warunkach.
Rano odwiedzili radziecką stację Amerykanie. Słyszeli już o polskiej stacji i zapowiedzieli wizytę u nas. Nieco to opóźniło nasze wyjcie. Radzieccy koledzy podwieźli nas jednak małym pojazdem gąsienicowym tak daleko, jak tylko było to możliwe, zaoszczędzając nam ze trzy godziny marszu.

Później zostaliśmy sami. Należało się teraz wznieść na kopułę lodowca (ok. 600 m) i dojść jej wierzchołkiem do nunataku Florence, gdzie planowaliśmy biwak. Już po kilku pierwszych kilometrach znaleźliśmy się w kompletnej mgle, bez widoczności. Była to tak zwana biała mgła, było jasno, a niczego nie widać. Zupełnie nie było widać ukształtowania powierzchni lodowca. Szedłem pierwszy i kilkakrotnie wpadłem do szczeliny, chociaż bez mgły jakoś wiem jak one przebiegają. Byłem związany liną z kolegami i wiedziałem, że mnie utrzymają. W takiej mgle nie widać jakichkolwiek nierówności terenu. Szedłem pierwszy, według wskazówek kolegów zerkających na kompas. Taka nawigacja jest dosyć trudna, gdyż brak dokładnej orientacji o przebytej drodze. Szliśmy osiem godzin. W tyrn czasie mgły się podniosły i z zaskoczeniem ujrzeliśmy szukany nunatak, odległy o jakieś pół godziny marszu. Cieszyliśmy się z dobrej nawigacji. Z mapy wynikało, że właśnie w pobliżu tego nunataku znajduje się baza argentyńska. Wiał silny wiatr, było dość zimno, więc zdecydowaliśmy się ją odwiedzić. Nawet przenocować w budynkach zamiast w namiocie.

Argentyńczycy byli zdumieni tym, że ktoś przychodzi od strony lądu..Musieliśmy im długo tłumaczyć skąd przybywamy, przyjęli nas bardzo gościnnie. Nie mogli jednak zrozumieć jak pokonaliśmy szczeliny lodowe pomiędzy nunatakiem a brzegiem.
Rano, owacyjnie żegnani, przez nowych przyjaciół, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Pogoda była wspaniała. Słońce świeciło mocno, tego dnia widzieliśmy już szczeliny w lodzie (pierwszego dnia wpadaliśmy do nich bez żadnej zapowiedzi...). Szliśmy w dalszym ciągu związani liną, ale już znacznie spokojniej. Po drodze weszliśmy na nunatak Florence i na szczyt Tower położony bliżej naszej bazy. Wieczorem byliśmy "w domu". Opowiadaliśmy, że byliśmy z odwiedzinami w bazie argentyńskiej, w której akurat przebywała kobieca wyprawa. Opowiadałem, że zakochałem się w pięknej czarnowłosej dziewczynie o imieniu Mercedes. Jeszcze po miesiącu koledzy pytali czy naprawdę były tam same "baby"?

Zaczynała się zbliżać zima. Dzień stawał się krótszy, pogoda coraz gorsza. Coraz częściej sypał śnieg. Ale prace nasze dobiegały końca. Koledzy pozostający na zimę rozlokowali się już w swoich pomieszczeniach. Agregaty prądotwórcze przeniesiono do metalowej hali, miedzy budynkami założono linie telefoniczne. Trudy bardzo nas zbliżyły, w końcu wyprawy byliśmy już jedną dużą rodziną. Bogatsi w nowe, cenne doświadczenia życiowe. Wierzyliśmy - i wierzymy - że stacja będzie dawała dobre świadectwo jej budowniczym.
Żegnając Zatokę Admiralicji, pozostawialiśmy na pierwszej stałej polskiej stacji antarktycznej pierwszą załogę naukowców-polarników znad Wisły.

Tekst i zdjęcia RYSZARD CZAJKOWSKI


Przypis: - Autor - wówczas pracownik naukowy Instytutu Ekologii PAN - był uczestnikiem wyprawy i jednym z budowniczych polskiej stacji antarktycznej na wyspie Króla Jerzego w 1977 r.

Patrz pierwsza część artykułu | 1 | 2 |

© Copyright by Ryszard Czajkowski Tomasz Pyć. Wszystkie prawa zastrzeżone. All rights reserved